Ostatnimi czasy wychodzi na to, że więcej stoję niż jeżdżę... Właściwie fajnie jest kiedy siedzisz do późnych godzin nocnych, zabunkrowany w swojej kabinie na zaszczanym parkingu, za który płacisz 25zł (nie wiadomo za co, bo parking jest płatny a niestrzeżony) i wstajesz wyspany jeszcze zanim zadzwoni budzik. Bardziej od zaszczanego i drogiego parkingu oczywiście wolę to drugie. Wczoraj jeszcze pauzowałem pod Wrocławiem, po nocnej jeździe wypadło mi pauzować w dzień. Miałem w planie sobie pospać, ale jak dowiedziałem się, że ładuję dopiero następnego dnia o 14:00 pod Poznaniem to postanowiłem delikatnie drzemać, bo co później będę robił w nocy? Czasu miałem od za... i ciut ciut, więc poczyściłem wszystkie szyby, lustra, dywany, powycierałem kurze, pozamiatałem i wyruszyłem sobie o 21:00 ustawiając wcześniej ogranicznik prędkości na 80km/h by jak najwięcej czasu spędzić w podróży.
Ciekawostka: w nowym DAFie strasznie brudzą się szyby od środka, zachodzą jakąś mgłą i trzeba je myć średnio co cztery dni...
Jadąc przeszukiwałem w pamięci możliwe parkingi do zatrzymania się na noc. Kiedy mam świadomość tego, że kiedy będę kończył będzie już po 23:00 z miejscami na parkingach może być kłopot. W takich sytuacjach zawsze wybieram sobie trzy możliwości zaparkowania przed miejscem docelowym i pierwsze podejście do parkowania robię już na pierwszym, kiedy się uda na nim zaparkować zostaję, nie szukam wrażeń na dalszych parkingach bo można wtedy zostać z ręką w nocniku. Pierwszy w planie wypadał MOP zjeżdżając z A2 na S5 w kierunku Gniezna, spróbowałem swoich sił ale niestety, jakbym nie stanął to albo nikt nie przejedzie, albo ktoś przy wyjeżdżaniu mi coś urwie... tak nabitego MOPka już dawno nie widziałem w tamtym rejonie, nie wiem czy coś tam rozdawali za darmo, ale fakt jest taki, że trzeba jechać dalej. Kilka miesięcy temu w okolicy Swarzędza ogłaszał się na CB parking. "Parking TIR, strzeżony, prysznic, BAR, internet, 25zł doba". Jeszcze nigdy tam nie byłem ale lubię takie parkingi, płacisz, ale masz full kompleks i wypoczniesz jak niemowlak. Jadę po reklamach i w końcu zawijam w bramę. I już coś mi tu nie gra, bo żeby w nią wjechać trzeba się ostro zadać, do tego wyboje aż oparcie fotela mi koszulkę z pleców ściąga. Przy szlabanie stoi kiosk, widać wysłużył się już swoje na Poznańskiej starówce. Pani portier już wpisuje mnie w kajet ale ja mam mieszane uczucia, więc wychodzę dopytać co i jak. Najpierw pytam o cenę, 25zł, pytam o prysznic, jest (choć patrząc w głąb parkingu wyobrażam sobie jak będzie wyglądał...), internet? Jest, ale nie wiem czy działa. BAR? Już nieczynny... Dobra, dam radę do jutra. A można płacić kartą? Można ale wtedy kosztuje 35zł... Że co??? Zagotowałem się... Bezapelacyjnie rogal i wyjeżdżam, Pani podniesie szlaban żebym mógł zawinąć. Dobrze, tylko niech Pan nie zawraca w miejscu tylko niech Pan objedzie "parking" dookoła. Dobra, przynajmniej zwiedzę co tu macie. Za stanie na składzie budowlanym, na wertepach, gdzie w koło pełno maszyn i chuj wiec czego jeszcze nie zapłacę tyle kasy chociaż to pieniądze służbowe...
Wiedziałem, że na ostatnim parkingu o którym wspominałem na początku posta będą miejsca. Bo przecież kierowcy niechętnie oddają 25zł za miejsce postojowe na odpoczynek. Atrakcje parkingu to KFC i kilka sklepów 500m dalej. I chyba za to bierze się takie pieniądze, choć uważam, że to zwykłe żerowanie. PORT Radomsko gdzie masz wszystko pod nosem, sklep, prysznice, internet, BAR, myjnię, hotel, prostytutki, CB Radia, akcesoria do ciężarówek dla porównania bierze 16zł i w tym masz 5zł na prysznic albo 5zł tańszy posiłek. Chyba jest różnica.Mam jeszcze dobrą godzinę pauzy, dzisiaj obiad o 12stej, bo później może być dopiero koło 18stej hehe. Tak wypada, zazwyczaj albo śniadanio-obiad albo obiado-kolacja... Mam 5 minut drogi na załądunek, ok 3 godzin na załadunek z odprawą i Gdańsk nadchodzę!
Świat widziany okiem kierowcy ciężarówki.
Życie kierowcy.
Zdjęcia.
Trasy.
Dziennik kabinowy.
Tkaczykowski, kierowca, chłodnia, podwójna obsada, transport międzynarodowy...
Odwiedź facebook...
czwartek, 12 marca 2015
czwartek, 15 stycznia 2015
Wolne i po wolnym...
Ach... Dzisiaj czwartek... za niedługo minie dwa tygodnie jak przebywam na urlopie, na tzw. tatusiowym, które trwa dwa tygodnie. I tak fajnie mi się udało, bo w rzeczywistości jestem na urlopie trochę więcej niż planowałem bo do 18 stycznia :) Moja córka urodziła się 24 grudnia, w ten dzień też wróciłem z przedostatniej trasy w roku 2014. Praktycznie święta Bożego narodzenia spędziłem w szpitalu, to były moje pierwsze święta, których na swój sposób nie było, a były najpiękniejsze w moim życiu. Zaraz po świętach wyjeżdżałem na swój ostatni kurs 2014, jeszcze w starym roku przejechałem Polskę z jednego końca na drugi, byłem w Jeleniej Górze, tamte strony są piękne, przez cały rok.
Przez niemalże całe swoje życie kierowcy zastanawiałem się jak moje wyjazdy będzie znosiła moja żona, później moje dzieci, w końcu czy ja dam sobie radę psychicznie zostawiając rodzinę i przebywając setki kilometrów od domu... Kiedyś w domu zostawała moja żona, w rezultacie po kilku latach nauczyliśmy się rozstawać na całe tygodnie... a teraz muszę się tego uczyć na nowo, pod kątem dziecka... Rozmawiałem na ten temat z kierowcami, bardziej doświadczonymi, od których można dowiedzieć się bardzo dużo ciekawych rzeczy, to są goście z bagażem doświadczeń. Prawie jednogłośnie twierdzili, że początki są ciężkie, bardzo ciężko jest wyjechać, potem już jakoś idzie a w miarę upływu czasu można się do tego przyzwyczaić, a nawet trzeba.
Teraz trochę się tym martwię... mam świadomość, że stoję na samym początku długiej i krętej drogi... Zaczynam od momentu kiedy trzeba wyjechać. Wiem, że nie będzie łatwo, już kiedy po Świętach wyjeżdżałem na dosłownie dwa dni zostawiając w domu najbliższych czułem się jakby tylko moje ciało pojechało w drogę a ja sam zostałem w domu. Dziwne uczucie, wyjeżdżasz na chwilę a czujesz jakbyś coś w życiu stracił. Trasa nie cieszyła mnie już jak dawniej, myślami byłem zupełnie w innym miejscu, a jednak nie można sobie pozwolić na rozkojarzenie, zbyt odpowiedzialna to praca.
Znowu będę musiał bić się sam ze sobą. Nie możesz doczekać się wyjazdu, jednocześnie tego nie chcesz, chciałbyś zostać w domu ale ciągnie Cię do kabiny. Chcesz skupić się na pracy, nie możesz bo myślami jesteś gdzie indziej... W tej pracy często towarzyszy mi takie głupie uczucie.
Z trasy wróciłem 30 grudnia, wybierając się na ponad dwa tygodnie urlopu musiałem się solidnie wypakować z ciężarówki. Nie cierpię tego robić! Najgorsze zajęcie w tym zawodzie zaraz po wymianie koła! Do tego cały czas zastanawiałem się czy będę miał do czego wracać. Ot takie głupie przyzwyczajenie z poprzednich firm, w których aby wykorzystać dwu tygodniowy urlop trzeba było zwolnić się z pracy, bo auto nie może tyle stać a nikt nie przyjdzie pracować na moje miejsce na chwilę, tylko będzie chciał zostać na dłużej. Tym bardziej mnie to męczyło bo w firmie, w której pracuję już przeszło rok zabrakło skoczków... Ostatnio znacznie powiększył się nam tabor i wszyscy zostali obsadzeni na stałe. Całe szczęście szybko moje obawy zostały rozwiane. Na moje miejsce, na czas mojego urlopu, już w dzień mojego przyjazdu zatrudniono kierowcę, który zastąpi mnie przez ten okres. Jak widać można spokojnie z organizować urlop kierowcy, trzeba tylko chcieć. I moje wypakowywanie też zbiegło się do wrzucenia gratów w schowki pod łóżko. Kiedyś kiedy chciałem iść na urlop wypakowywałem się całkowicie, (rozwiązanie umowy) zajmowało to dwie godziny i cały bagażnik w kombiaku. Teraz to pół godzinki roboty, a w kombiaku garstka najbardziej osobistych rzeczy :) Tak można pracować :)
Za kilka dni znowu wrzucę kilka gratów do bagażnika, pojadę na bazę gdzie wsiądę do swojego DAFa, urządzę się na nowo i wyruszę w drogę, o której nie wie nikt. Tylko czy wytrzymam w niej bez najbliższych mi osób? Czas pokaże...
Nie mogę się już doczekać tak samo jak nie chcę wyjeżdżać!
Przez niemalże całe swoje życie kierowcy zastanawiałem się jak moje wyjazdy będzie znosiła moja żona, później moje dzieci, w końcu czy ja dam sobie radę psychicznie zostawiając rodzinę i przebywając setki kilometrów od domu... Kiedyś w domu zostawała moja żona, w rezultacie po kilku latach nauczyliśmy się rozstawać na całe tygodnie... a teraz muszę się tego uczyć na nowo, pod kątem dziecka... Rozmawiałem na ten temat z kierowcami, bardziej doświadczonymi, od których można dowiedzieć się bardzo dużo ciekawych rzeczy, to są goście z bagażem doświadczeń. Prawie jednogłośnie twierdzili, że początki są ciężkie, bardzo ciężko jest wyjechać, potem już jakoś idzie a w miarę upływu czasu można się do tego przyzwyczaić, a nawet trzeba.
Teraz trochę się tym martwię... mam świadomość, że stoję na samym początku długiej i krętej drogi... Zaczynam od momentu kiedy trzeba wyjechać. Wiem, że nie będzie łatwo, już kiedy po Świętach wyjeżdżałem na dosłownie dwa dni zostawiając w domu najbliższych czułem się jakby tylko moje ciało pojechało w drogę a ja sam zostałem w domu. Dziwne uczucie, wyjeżdżasz na chwilę a czujesz jakbyś coś w życiu stracił. Trasa nie cieszyła mnie już jak dawniej, myślami byłem zupełnie w innym miejscu, a jednak nie można sobie pozwolić na rozkojarzenie, zbyt odpowiedzialna to praca.
Znowu będę musiał bić się sam ze sobą. Nie możesz doczekać się wyjazdu, jednocześnie tego nie chcesz, chciałbyś zostać w domu ale ciągnie Cię do kabiny. Chcesz skupić się na pracy, nie możesz bo myślami jesteś gdzie indziej... W tej pracy często towarzyszy mi takie głupie uczucie.
| Tak wyglądało to kilka lat temu :P |
Za kilka dni znowu wrzucę kilka gratów do bagażnika, pojadę na bazę gdzie wsiądę do swojego DAFa, urządzę się na nowo i wyruszę w drogę, o której nie wie nikt. Tylko czy wytrzymam w niej bez najbliższych mi osób? Czas pokaże...
Nie mogę się już doczekać tak samo jak nie chcę wyjeżdżać!
czwartek, 13 listopada 2014
A co to za zapusczony blog...?
Witam was ludziska z kabiny Blogera! Bloger... Bloger... te słowa słyszę niemalże codziennie, bo taką ksywę dostałem od moich kolegów w firmie, po tym jak się dowiedzieli, że aktywnie działam w sieci. Właściwie odpowiada mi taka etykieta, nawet chciałem sobie dorzucić trzecią tabliczkę na szybę, w końcu jestem blogerem, bynajmniej tak uważam, choć ostatnio się zapuściłem... Aż wstyd... Wiem, że jest masa ludzi, którzy lubili i pewnie nadal chętnie poczytaliby moje zapiski. Ostatnimi czasy opuściłem się nie tylko na blogu ale też nie mam weny do nagrywania filmów, nie wiem od czego to jest uzależnione... Tzn. domyślam się. Życie nauczyło mnie, że nie warto jest filmować przebywając na różnego rodzaju firmach, takie też wytyczne dostałem z mojej firmy, zresztą nie szukam problemów i wiem, że tak trzeba. Mógłbym zrobić jeden film, którego ujęcia nie wykroczyłyby poza drzwi mojej ciężarówki ale co dalej...? Każdy kolejny film byłby podobny do poprzedniego i tak w kółko... Monotonia... Dlatego zanim coś nagram potrzebuję wiedzieć co chcę pokazać i co mogę pokazać ale chwilowy brak pomysłów spędza sen z powiek. Kiedyś nagrywanie było łatwiejsze, człowiek nagrywał wszystko, nie zważając na to gdzie jest i co mówi, tylko później okazało się, że są z tego tytułu nie lada problemy. Z czasem kiedy blog, facebook i youtube docierał do coraz większej liczby osób zaczynały się problemy... Ale nie o tym.
Blog... Hm... Muszę trochę nad nim popracować. Były czasy kiedy notowałem na nim ok tysiąca wejść dziennie. Na dzień dzisiejszy odwiedza mnie na blogu średnio 120 osób, domyślam się, że to właśnie grupa moich stałych czytelników, którzy z niecierpliwością doglądają nowości na blogu. Myślę, że będzie trochę materiału na posty, zawodowo ale i prywatnie nie stoję w miejscu.
Postaram się wam zrekompensować moją nieobecność, tym samym zobowiązuję się do umieszczania większej ilości wpisów, a teraz już kończę, trzeba się wyspać by przetrwać kolejny dzień. Byle do rozładunku, a potem do załadunku, tak dzień w dzień życie rozgrywa się na naszych drogach, zaszczanych parkingach, lepszych i gorszych firmach.
Do napisania!
Bloger
Blog... Hm... Muszę trochę nad nim popracować. Były czasy kiedy notowałem na nim ok tysiąca wejść dziennie. Na dzień dzisiejszy odwiedza mnie na blogu średnio 120 osób, domyślam się, że to właśnie grupa moich stałych czytelników, którzy z niecierpliwością doglądają nowości na blogu. Myślę, że będzie trochę materiału na posty, zawodowo ale i prywatnie nie stoję w miejscu.
Postaram się wam zrekompensować moją nieobecność, tym samym zobowiązuję się do umieszczania większej ilości wpisów, a teraz już kończę, trzeba się wyspać by przetrwać kolejny dzień. Byle do rozładunku, a potem do załadunku, tak dzień w dzień życie rozgrywa się na naszych drogach, zaszczanych parkingach, lepszych i gorszych firmach.
Do napisania!
Bloger
niedziela, 5 stycznia 2014
Nowa praca, nowe doświadczenia...
Witam wszystkich po dość długiej przerwie, nazwijmy to świątecznej :) Życie po raz kolejny pokazało, że "chłopa wyciągniesz z ciężarówki, ale ciężarówki z chłopa już nie". Początkowo jeszcze przed świętami próbowałem swoich sił w dystrybucji sieci marketów, szybko jednak stwierdziłem, że marka marketów dla której miałem pracować i cała dystrybucja to jakaś patologia! Zaryzykuję stwierdzenie, iż pracujący dla tej firmy kierowca powinien mieć na umowie o pracę nie "kierowca" ale "magazynier - kierowca", ze szczególnym naciskiem na "magazynier". Z Twojej zmiany 6 godzin ciągasz palety w te i z powrotem a 3 godziny trzymasz kierownicę Twojego zestawu. Pewnie kierowcy domyślą się co to za firma... Nie wiem właściwie na co liczyłem, każdy mówił: "daj sobie spokój z tą firmą" ale ja sądziłem, że jest inaczej i ślepo w to wierzyłem. Okazało się, że mieli rację... Po sześciu dniach pracy dostałem załadunek na siódmy dzień... no zaraz zaraz... No tak... Przecież w reklamie telewizyjnej zaszczytne hasło: "teraz dostawy świeżej żywności codziennie! Nawet w niedzielę!" Pieprzyć to! Niech sobie sami wożą, gdzie tu logika, gdzie przepisy, a gdzie mój wolny czas w domu? Nie tylko spanie, robota, spanie, robota...
Z odsieczą przyszedł kolejny kolega, który zaproponował pomoc w zatrudnieniu w firmie dla której pracował. Kontenery... z opowieści kolegów po fachu kolejny grząski temat... Ach idę, zobaczę co będzie a jak nie wypali to idę na międzynarodówkę bo wystarczy już tej krajówki. W nowej pracy nowi ludzie, nowe zasady dodatkowo stres powodowany tym, że czułem się jakbym jeździł od wczoraj... Jeżdżę już przeszło miesiąc i tydzień i tym razem cieszę się, że nie posłuchałem i nie uwierzyłem w mity głoszące wieści o transporcie kontenerów. Miałem być przeładowany, miała mnie kontrolować inspekcja codziennie a o czasie pracy miałem zapomnieć a mimo to chciałem tego posmakować. Właściwie nie wiem czemu wcześniej tego nie zrobiłem, nie poszedłem na kontenery, chłodnia to przy tym zapierdziel. Najkrótszy załadunek w porcie 7 minut, najdłuższy 2 godziny, zakręcasz 2 rygle i zabezpieczasz kontener w 4 minuty i jesteś gotowy do drogi. Czyste ręce, nic nie dźwigasz, załadunek ani rozładunek nie jest obowiązkiem kierowcy. Ty masz dbać o auto, o papiery i cieszyć się, że jesteś kierowcą ciężarówki. Praca zgodna z czasem pracy kierowcy, zgodna z dopuszczalnymi tonażami, nowe samochody a koło inspekcji przejeżdżasz swobodnie, gdzie będzie Maćkowi lepiej...?
Myślę, że transport kontenerów na przestrzeni lat uległ widocznej przemianie. Swoje wnioski wyciągam jednak po mojej firmie, nie mogę mówić za wszystkich, ale wierzę, że każdy kierowca w tej branży odczuł widoczną gołym okiem poprawę. Oby było tylko lepiej :) Jak w każdej gałęzi transportu są firmy wyjątki, ale dziwię się ludziom, którzy do tych wyjątków należą...
No nic, pozostaje mi tylko cieszyć się pracą i pracować :)
PS. W Nowym 2014 Roku życzę wam przede wszystkim zdrowia, resztę sobie kupicie! I cholera nie jeździć po pijaku!
To mówiłem ja... Tkaczykowski...
Z odsieczą przyszedł kolejny kolega, który zaproponował pomoc w zatrudnieniu w firmie dla której pracował. Kontenery... z opowieści kolegów po fachu kolejny grząski temat... Ach idę, zobaczę co będzie a jak nie wypali to idę na międzynarodówkę bo wystarczy już tej krajówki. W nowej pracy nowi ludzie, nowe zasady dodatkowo stres powodowany tym, że czułem się jakbym jeździł od wczoraj... Jeżdżę już przeszło miesiąc i tydzień i tym razem cieszę się, że nie posłuchałem i nie uwierzyłem w mity głoszące wieści o transporcie kontenerów. Miałem być przeładowany, miała mnie kontrolować inspekcja codziennie a o czasie pracy miałem zapomnieć a mimo to chciałem tego posmakować. Właściwie nie wiem czemu wcześniej tego nie zrobiłem, nie poszedłem na kontenery, chłodnia to przy tym zapierdziel. Najkrótszy załadunek w porcie 7 minut, najdłuższy 2 godziny, zakręcasz 2 rygle i zabezpieczasz kontener w 4 minuty i jesteś gotowy do drogi. Czyste ręce, nic nie dźwigasz, załadunek ani rozładunek nie jest obowiązkiem kierowcy. Ty masz dbać o auto, o papiery i cieszyć się, że jesteś kierowcą ciężarówki. Praca zgodna z czasem pracy kierowcy, zgodna z dopuszczalnymi tonażami, nowe samochody a koło inspekcji przejeżdżasz swobodnie, gdzie będzie Maćkowi lepiej...?
Myślę, że transport kontenerów na przestrzeni lat uległ widocznej przemianie. Swoje wnioski wyciągam jednak po mojej firmie, nie mogę mówić za wszystkich, ale wierzę, że każdy kierowca w tej branży odczuł widoczną gołym okiem poprawę. Oby było tylko lepiej :) Jak w każdej gałęzi transportu są firmy wyjątki, ale dziwię się ludziom, którzy do tych wyjątków należą...
No nic, pozostaje mi tylko cieszyć się pracą i pracować :)
PS. W Nowym 2014 Roku życzę wam przede wszystkim zdrowia, resztę sobie kupicie! I cholera nie jeździć po pijaku!
To mówiłem ja... Tkaczykowski...
wtorek, 22 października 2013
Plan na życie...
Ponieważ jestem jeszcze młody, życie nakazuje dalej realizować plan. Dochodzę do punktu małżeństwo. Poszczególne podpunkty w drodze do małżeństwa można realizować w przerwie między trasami. Ale samego punktu kulminacyjnego nie załatwisz w przerwie między trasami. Niemożliwością jest urlop miesięczny, wygenerujesz za duże straty firmie. Trzeba zatrudnić kogoś na Twoje zastępstwo a raczej nikt nie przyjdzie pracować na miesiąc za Ciebie tylko będzie chciał być "normalnie" zatrudniony. Więc albo się zwolnisz i będziesz wesołym, żonatym bezrobotnym albo weźmiesz ślub w przerwie między trasami a w podróż poślubną weźmiesz żonę i pojedziecie sobie w trasę. To nie są tylko wybory, wybory, wybory... To są najtrudniejsze wybory, najtrudniejsze wybory, najtrudniejsze wybory. Dlatego mówię sobie dość po raz chyba już nie wiem który z rzędu. Wolę być bezrobotny niż przejeździć jeden z bardzo ważnych okresów w życiu! I cóż mija miesiąc od kiedy nie pracuję. Nie chodzi o to, że pracy nie ma, bo praca jest. Ale znów trzeba dokonać najtrudniejszego wyboru...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

